środa, 19 kwietnia 2017

W poszukiwaniu piękna (ja sama) - "Nim zapadnie noc", Michael Cunningham

"Coś Ty ze mną uczynił, Cunningham!" - od tych słów chciałam zacząć recenzję, gdy kończyłam książkę, ale zostały mi jeszcze ostatnie strony, a byłam przekonana, że zakończenie mną wstrząśnie - cała lektura bowiem wzbudziła we mnie wielkie emocje - ostatnim razem takie ściskanie w brzuchu, jakie miałam, czytając ostatni rozdział, czułam blisko rok temu, a przedostatnie - nie wiadomo kiedy (czyli dawno temu). Rzadko się zdarza, żeby książka wzbudziła we mnie tak ogromne emocje - Cunninghamowi się to udało. Przynajmniej tyle.

Peter Harris, właściciel galerii sztuki w Nowym Jorku, prowadzi na pozór uporządkowane i szczęśliwe życie. Jego spokój burzy trochę przyjazd brata jego żony, o prawie dwadzieścia lat młodszego od nich, jednak to, co na początku jest zwykłym zdenerwowaniem, to tylko cisza przed burzą w dalszej części książki, spowodowaną właśnie postacią ich gościa i jego wpływem na życie emocjonalne głównego bohatera.

Generalnie mam z tą książką problem - jest tu bardzo wiele dobrych elementów, choć nic wybitnego, i jedna ogromna wada. Fabuła jest dobra, może nie odkrywcza, a gdyby osobą burzącą życie głównego bohatera była kobieta, byłoby to już w ogóle schematyczne; mimo wszystko ta nieodkrywcza historia jest poprowadzona dobrze. Bohaterowie mają dobre charaktery, wprawdzie nie bardzo głębokie i skomplikowane, ale na tyle dobre, by sprawiało przyjemność czytanie o nich. Pozytywnym wyjątkiem od tej reguły jest brat żony, który został tak stworzony, że go uwielbiam (niech sobie inni mówią co chcą, że stereotypowy i nic nowego, mnie się po prostu taki podoba i basta). Język autora także jest dobry, choć nie wyjątkowy, a czasem trafiają się też dobre przemyślenia. Oprócz tego, cała historia została tak napisana, by wzbudzać wielkie emocje, co rzeczywiście jej się udało (a ja łatwo nie ulegam takim rzeczom). Wydaje się, że są same dobre rzeczy, z których nie może wyjść wybitna całość, ale z pewnością dobra tak. Choć, szczerze mówiąc, gdy zostało mi ostatnich dziesięć stron, miałam nadzieję na takie trzęsienie ziemi, które sprawi, że jednak uznam książkę za wybitną...

A potem nadeszło zakończenie, tak banalne, płytkie i naiwne, że aż nie mogę uwierzyć, że można takie stworzyć. Książka naprawdę trzymała poziom, może nie wybitny, ale jednak dobry, aż do tych ostatnich dziesięciu stron, kiedy Cunningham wkłada do głowy bohatera konkluzje, które kompletnie mi tu nie pasują.

Książka oscyluje wokół motywu sztuki, piękna i życia. Piękna, którego poszukujemy, i nie możemy znaleźć, albo gorzej - znajdujemy w najgorszym z możliwych miejsc. Jest to także opowieść o uleganiu namiętnościom i o sztuce, która nadaje naszemu życiu sens. Jak zauważa w pewnej chwili główny bohater, sztuka, której oczekujemy, jest zawsze wspanialsza od tej, którą jesteśmy w stanie stworzyć (taaak, w przypadku tej książki dokładnie tak było). I rzeczywiście Peter nieustannie poszukuje wybitnej sztuki, która nada jego życiu sens, wstrząśnie nim i poruszy do głębi, tak aby jego życie to było coś więcej, niż zwyczajne, powtarzające się jeden za drugim dni.

I z tych kwestii można stworzyć całość, która będzie niosła ze sobą przesłanie, nawet jeśli nie odkrywcze, to przynajmniej dobre, będące wariacją na temat pewnego motywu. Można. Ale można też to skończyć banalnie i naiwnie. Peter bowiem poszukuje piękna nie tylko w sztuce, ale także w ludziach: niemniej chodzi nie tylko o piękno fizyczne, ale i o piękną osobowość. Na pierwszy rzut oka może i brzmi to dobrze, ale odniosłam wrażenie, że Peter zapomniał tu o najważniejszym: o człowieku. Ludzie przecież nie dzielą się na tych, którzy są (tylko) sztuką i na tych, którzy nią nie są, a Peter do pewnego stopnia tak ich postrzega. Co najgorsze, Cunningham nie krytykuje postawy Petera, wygląda na to, że tak miało być, że się z nią zgadza (może nie zdaje sobie sprawy, co on tu takiego stworzył?). Teoretycznie na koniec główny bohater zmienia trochę swoje poglądy, ale odniosłam wrażenie, że Peter nie zauważył, że był w błędzie - dla niego w tej postawie nie ma żadnego błędu. Koniec końców dochodzi on do wniosku, że piękno cały czas kryje się w jego bliskich, tylko on nie umiał go dostrzec, pięknem jest zmieniające się ciało i osobowość, inne niż były przed chwilą, a w życiu ważne jest nie uleganie namiętnościom, snom i marzeniom, tylko życie swoim zwykłym życiem dzień za dniem, ciągłe staranie się, walka o związek mimo przeciwności losu, empatia wobec drugiego człowieka... I może jest to sensownie, ale tu zostało przedstawione tak bardzo wprost, że brzmi jak tekst z poradnika dla małżonków, a nie jako konkluzja z powieści pretendującej do bycia ambitną literaturą. Mam wrażenie, że Cunningham jest bardzo optymistyczny i trochę naiwny, i nie chodzi o to, że to źle, może on jest dzięki takiej postawie szczęśliwy - życzę mu tego - ale takie przekonania, wyrażone tak łatwo, jak autor to zrobił, zwyczajnie nie czynią z jego książki sztuki przez duże "S". I to w tym tkwi problem.

Jak pisałam wyżej - książka ma sporo zalet. Czyta się ją dobrze, i może jeśli potraktuje się ją jako zwykłą obyczajówkę, to będzie to lepsza lektura, bo licząc na ambitną i odkrywczą lekturę, dozna się zawodu. Choć w sumie książka zmusiła mnie do przemyśleń na temat sztuki, niemniej idących w zupełnie innym kierunku, niż te proponowane przez autora... Więc może jednak to nie był stracony czas.

Książkę polecam tylko tym, którzy nastawią się na powieść obyczajową i nie będą oczekiwali wielkiego żadnego przekazu, a jedynie wzbudzenia emocji. Wtedy jest nieźle. Ja mimo wszystko daję jej 6/10, przymykając oko na to okropne zakończenie i biorąc pod uwagę tylko to, jak dobrze mi czytało o burzy emocjonalnej głównego bohatera. Zawiodłam się na końcu, ale do czasu zawodu - bawiłam się świetnie.

Słyszałam wcześniej wiele dobrego o książkach Cunninghama, aczkolwiek na temat tej konkretnej książki nie słyszałam kompletnie nic, może więc on dobrze pisze ogółem, a ja trafiłam na wyjątkowo nieudaną powieść? Czepiając się tej nadziei, sięgnę kiedyś po jakąś inną jego książkę.

Odniosłam wrażenie, że w tej recenzji pada zbyt wiele słów "może" czy też "można" - jeśli rzeczywiście tak jest, to bardzo przepraszam. Książka mnie nieźle wkurzyła i nie potrafię pisać tego tekstu wyłączając emocje, ilekroć siadam do poprawiania błędów, zaczynam się denerwować od nowa, więc za wszystkie błędy stylistyczne (bądź jakiekolwiek inne) jeszcze raz bardzo przepraszam. Proszę wyciągnąć wnioski na temat tej książki również z ilości moich "może" lub innych powtórzeń, wynikających bezpośrednio ze zdenerwowania.

6 komentarzy:

  1. Na którymś z regularnie odwiedzanych przeze mnie blogów spotkałem się podobną recenzję poświęconą powieści (nie pamiętaj której) Cunninghama - że jest to literacka pseudo-intelektualna wydmuszka, pretendująca do miana Wielkiej Literatury, będąca w rzeczywistości głównie pustosłowiem. Twój tekst jest już zatem drugim ostrzeżeniem przed prozą tego pana :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Literacka pseudo-intelektualna wydmuszka" to idealne określenie na tę książkę, sama bym tego lepiej nie ujęła... Cieszę się, że poczułeś się ostrzeżony i ominie Cię takie rozczarowanie i frustracja, jakie niestety mnie spotkały. :/

      Usuń
  2. Jeszcze nie miałam okazji poznać twórczości tego autora, początkowo chciałam sięgnąć po "Dziki Łabędź i inne baśnie", ale później przystopowały mnie nieco niektóre opinie na temat tej książki. Pewnie wcześnie czy później sięgnę po tę przygodę czytelniczą, aby samemu wyrobić sobie własne zdanie. :)
    Bookendorfina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nad "Dzikim Łabędziem i innymi baśniami" też myślałam, ale stwierdziłam, że wolę poznać twórczość Cunninghama od powieści, a nie od zbioru baśni. ;) Aczkolwiek przy "Dzikim..." ominęły mnie negatywne opinie, czytałam tylko te dobre (nie żebym je jakoś szczególnie śledziła, jak coś się trafiło, to przeczytałam, ale nie wyszukiwałam sama).
      Oczywiście, sięgnij - może akurat trafisz na jakiś element, który będzie idealnie w Twoim guście i Tobie się spodoba :) A jak nie, to przynajmniej będziesz mogła narzekać na podstawie własnych doświadczeń, a nie na podstawie recenzji innych czytelników. ;)

      Usuń
  3. "Wzbudzenie emocji"... ile to dzieł ponadprzeciętnych, pisanych wprawnym, acz lekkim piórem, finalnie, nie mogło tego o sobie powiedzieć? Po zapoznaniu się z recenjzą, to właśnie w tym elemencie upatruje szansę, światło w tunelu dla nawet, jak stiwerdziłaś, słabej książki. Spójrzmy na to z innej strony: chwała jej za to, że mimo rozlicznych słabości, nie pozostawia czytelnika obojętnym. Pochwalam ideę krytycznych recenzji, choć pewnie i tak nie zrównoważą nigdy ogromu tych przesłodzonych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie dzięki temu wzbudzeniu emocji książka ma taką, a nie niższą ocenę - gdyby pozostawiła mnie obojętną, byłoby to całkowitym rozczarowaniem, a w tym przypadku jest jednak trochę lepiej. ;)
      To prawda, rzeczywiście wiele wybitnych książek nie wzbudza emocji, a już na pewno nie takich jak Cunningham w tej książce, ale z drugiej strony nie wiem czy bym wytrzymała, gdybym czytając każdą książkę tak bardzo przeżywała, co zrobi dalej główny bohater i co się stanie. ;) Zresztą dla mnie wielkie emocje podczas lektury nie są akurat czymś bardzo istotnym, wystarczy mi jak się wzbudzają tylko raz na jakiś czas, ale wtedy lubię gdy uderzają z naprawdę ogromną siłą. ;)

      Usuń