poniedziałek, 4 marca 2019

Jak przegrać starcie z samym sobą albo „Sodoma i Gomora” Marcela Prousta — recenzja

Sodoma i Gomora to czwarty tom W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta, ale pierwszy, o którym piszę na blogu, bowiem poprzednie tomy czytałem jeszcze przed jego założeniem (przy czym trzeci tuż przed). To klasyka literatury uznana za arcydzieło, a czwarty tom uchodzi za najlepszy. Tytuł Sodoma i Gomora sugeruje na to, że będzie mowa o homoseksualności, zwłaszcza że Marcel Proust jest powszechnie znany jako pisarz homoseksualny. Skoro więc czwarty tom jest uznany za najlepszy, a ponadto jest to solidny przykład literatury LGBTQIAP, to założyć można, że i ja będę zachwycony tym tomem... tyle że niestety wcale tak nie było. Stąd też ostrzegam osoby wrażliwe o zawartości — będę pisał o homofobii oraz o transfobii.

Uprzedzam również, że analizując ten tekst będę pisał o pewnych powszechnych mechanizmach społecznych, które — jak przynajmniej mam nadzieję — nie dotyczą czytelników tego bloga, dlatego nie chciałbym, aby ktokolwiek pisał mi w komentarzu, że tak nie robi lub tak nie ma. Fakt, że ktoś z Was tak nie ma, nie znaczy, że nie jest to powszechne w szerokiej populacji.


Nie zrozumcie mnie źle — to naprawdę byłaby najlepsza z części W poszukiwaniu straconego czasu, gdyby nie kilka znaczących minusów. W tym tomie bowiem Marcel (główny bohater) wyjeżdża do kurortu w Balbec, w którym był także w tomie drugim (czyli w cudownym W cieniu zakwitających dziewcząt), a towarzyszy mu grono znajomych oraz ukochana Albertyna. Razem jeżdżą na przejażdżki i wycieczki, a także jedzą obiady i kolacje u znajomych, czyli państwa Verdurinów. To jest absolutnie wyborne, a Proust jest mistrzem opisów spotkań, wzajemnych relacji i przede wszystkim postaw ludzkich. Sodoma i Gomora, tak jak i poprzednie części, skupia się na wnętrzu bohaterów, na ich charakterach, poglądach i osobowościach; Proust poddaje tych, o których pisze, wspaniałej analizie, ujawniając ukryte motywy ich działań czy tajemnice charakteru. Pisze dużo o arystokracji, do której zresztą ma wiele czułości, nawet gdy ją krytykuje — a prawdę mówiąc właśnie to robi przez niemal cały czas, pokazując wady arystokratów i arystokratek takie jak hipokryzja, arogancka czy ocenianie innych przez pryzmat ludzi, których znają. Nie jest to jednak gorzka satyra, a bardziej krytyczne spojrzenie na grupę, którą pomimo wszystkich jej wad Proust ubóstwia.

Jak i inne tomy cyklu, tak i ten ma motywy przewodnie — są nimi w Sodomie i Gomorze zazdrość oraz homoseksualność, które w dodatku łączą się ze sobą, Marcel bowiem zaczyna podejrzewać, że jego Albertyna jest lesbijką oraz że z jedną z jej koleżanek łączy ją coś więcej niż przyjaźń. Z tego powodu zaczyna zżerać go ogromna zazdrość — każdy drobny gest Albertyny analizuje, poświęcając temu ogrom czasu i energii, nie ma on bowiem żadnych dowodów na potwierdzenie swojej teorii o homoseksualności Albertyny. Sprawia to, iż jego zachowanie, mające doprowadzić ją do potwierdzenia, że jest lesbijką, staje się momentami bardzo toksyczne, a to, co wielokrotnie robi, to zwykła manipulacja ukochaną (swoją drogą Proust-autor również słynął z ogromnej zazdrości). Zresztą manipuluje nią także, by nie robiła rzeczy, które jemu się nie podobają, na zmianę wierzy w jej słowa bądź sądzi, że są kłamstwem, zaś wisienką na torcie patriarchalnej zazdrości jest gdy myśli, że najchętniej by ją gdzieś zamknął, aby go nie zdradziła. Proust zaś zupełnie nie krytykuje jego postawy, nie widząc, jak bardzo to, o czym pisze, jest zaprawione przemocą i patriarchatem.

Ucieczka Lota z rodziną z Sodomy, autor nieznany, ilustracja z Kroniki Norymberskiej. Źródło.

Albertyna nie jest jednak jedyną postacią, która być może jest homoseksualna — jest również baron de Charlus, czyli najważniejszy gej cyklu, również zazdrosny niczym Marcel-bohater (i Marcel-autor), dzięki którego postaci Proust mierzy się z własną orientacją homoseksualną, tyle, że z tego starcia wychodzi — przynajmniej jak na dzisiejsze realia — całkowicie przegrany, a jego powieść jest ogromnie homofobiczna. Przynajmniej patrząc z obecnego punktu widzenia, choć zapewne kiedyś widziana być mogła jako wspierająca akceptację społeczną, bowiem o ile sam narrator przejawia postawę homofobiczną, o tyle baron nie spotyka się raczej z nietolerancją, a wręcz przeciwnie, o jego orientacji wie większość znajomych, którzy chociażby, by Charlus nie poczuł się niezręcznie, jej nie komentują. Dzisiaj byłoby to tabuizowaniem czegoś, ale w latach, gdy orientacja homoseksualna nie była powszechnie akceptowana, a nawet sam Charlus jej nie akceptował, była w jego stronę ukłonem.

Niemniej choć takie fragmenty są przykładem akceptacji, o tyle sam narrator daje duży popis homofobii, zaś to co mówi, można również podciągnąć do transfobii. Oczywiście część z tych rzeczy wynika z epoki, w której Proust żył i braku odpowiedniej wiedzy w tamtym momencie albo dostępu do pewnych źródeł, niemniej są momenty, kiedy on nawet jak na standardy swojej epoki wykazuje się homofobią zinternalizowaną (czyli taką, jaką mają same osoby homoseksualne, często wobec samych siebie). Nie uznaje on na przykład homoseksualnych mężczyzn za prawdziwych mężczyzn, a wręcz za rodzaj kobiet, zakłada bowiem, że miłość do mężczyzn jest czymś przynależnym do kobiet, toteż gdy mężczyzna jest gejem, to jest tak naprawdę błędem natury i kobietą w męskim ciele. Tak, tam naprawdę są takie fragmenty, zarówno homo-, jak i transfobiczne.

Lot i jego córki, autor nieznany. Źródło.

Homoseksualność zaś Proust nazywa przywarą, niepomyślnością seksualną (s. 489), zboczeniem lub chorobą, przynajmniej we współczesnych mu czasach — bowiem nie uznaje homoseksualności za zboczenie za czasów starożytnej Grecji, tak jakby to, co jest zboczeniem i chorobą było kulturowe (pomijając już fakt, że homoseksualność ani zboczeniem, ani choroba nie jest). Pomimo, że sam Proust także opisuje homofobię zinternalizowaną, to również sam ją przejawia, zwłaszcza w tym, jak odnosi się do zachowań innych osób homoseksualnych i jak ocenia te osoby, które starają się nie ukrywać swojej orientacji i publicznie ją pokazują — Proust nazywa to perwersją, ulegając tej samej tendencji, co część współczesnych osób homoseksualnych ze zinternalizowaną homofobią, które mówią, że marsze równości i widoczność osób LGBTQIAP w przestrzeni publicznej są niepotrzebne, a są jedynie domaganiem się przywileju nadmiernej uwagi, co oczywiście nie jest prawdą.

Zarazem jednak ma kilka celnych spostrzeżeń, jak chociażby, że osoby homoseksualne zawsze się nawzajem rozpoznają, a osoby heteroseksualne będą mieć klapki na oczach i sądzić, że każda osoba z ich otoczenia jest heteroseksualna, a także że osoby homoseksualne często muszą żyć w kłamstwie, aby nie narazić się na ostracyzm społeczny, to jednak powoduje, że wszystkie ich relacje zbudowane są na kłamstwach. Proust zresztą zauważa także, jak niektóre osoby heteroseksualne uważają, że gdy osoba homoseksualna z nimi rozmawia, to znaczy że chce na pewno uprawiać seks, a także opowiada o samotności gejów w małych miejscowościach — generalnie analizuje życie osób homoseksualnych, trudności w tym życiu, ale i pokazanie pewnej specyfiki i wgląd w to, jak wygląda bycie osobą nieheteronormatywną — oczywiście gdy rozróżni się spostrzeżenia Prousta zaprawione homofobią od tych wynikających z rzeczywistości.

Zniszczenie Sodomy i Gomory, John Martin, 1832. Źródło.

To posługując się postacią Charlusa Proust analizuje homoseksualność i mierzy się z własną orientacją, a dzięki postaci Albertyny, przy której bardziej istotna jest jego zazdrość. To zresztą znaczące, że Proust pisze o homoseksualnej orientacji mężczyzn homofobicznie, a u kobiet zupełnie nie, najczęściej zbywając ten aspekt milczeniem, tak jakby ten fakt był zupełnie neutralny dla jego zazdrości — bardzo wpisuje się to w toksyczną męskość i tendencję, która każe mężczyznom atakować innych gejów niczym na świętej wojnie, a orientację homoseksualną lesbijek traktować lekceważąco. Zresztą Proust i w innych fragmentach traktuje kobiety znacznie gorzej niż mężczyzn, chociażby skupiając się głównie na urodzie Albertyny podczas opisu tego, dlaczego ją kocha, zaś w przypadku opisów miłości mężczyzn do innych mężczyzn — na zupełnie innych aspektach. Zupełnie nie zna się on również na uczuciach, jakie można żywić wobec kobiet, opisując bowiem te uczucia próbuje pokazać (zresztą mizoginistycznie), że kochając kobiety, kocha się idee, do których one doprowadzają duszę, a nie je same w sobie.

Oprócz tego, jak i we wszystkich innych tomach, uwaga Prousta skupia się na sztuce i pięknie świata — słynie on z długich opisów krajobrazów, kwiatów czy oglądanych obrazów, które w dodatku przetyka analizami dotyczącymi życia i świata. Także, zgodnie z nazwą cyklu, równie znaczącym elementem powieści są czas i przemijanie, działanie wspomnień czy nierealność pamięci. Czyta się to powoli i trzeba smakować jak dobry alkohol — spożycie zbyt dużo sprawi, że pewnych walorów smakowych nie zauważy, Proustem bowiem warto się podelektować. Jednak jak i we wszystkich innych częściach cyklu, tak i w tym Proust jest prześmieszny, a momentami nawet głupiośmieszny: Co do wszystkich tych ichmość panów, czy się nazywają margrabiowie de Srambremer czy Mamcięgdzieś (s. 541). A to, w połączeniu z długimi analizami i pięknymi zdaniami, daje zdumiewający i bardzo dobry efekt.

Sodoma i Gomora — niczym oba biblijne miasta — przegrywa swoją walkę o homoseksualność. To książka, która, choć wybitna, pokazuje jak Proust mierzy się z własną orientacją homoseksualną, próbuje z nią pogodzić i w tym starciu polega, przynajmniej w dużej części. To także książka, która pokazuje, jak toksyczny i zazdrosny może być mężczyzna, książka bardzo patriarchalna, której nie dałem rady przeczytać za jednym zamachem, tak bardzo miałem jej w pewnym momencie dostć. Gdyby nie te aspekty, byłoby to arcydzieło i najlepsza część cyklu, dlatego nadal Sodoma i Gomora to książka, którą warto przeczytać dla wszystkich jej pozostałych walorów, bowiem gdy Proust przedstawia homosekualność, to polega na całej linii, ale gdy później przestaje poruszać ten temat, zapomina się, jak bardzo złe było to, co robił.

Moja ocena: 7,5/10 — byłoby o 2 więcej, gdyby nie to, jak bardzo to patriarchalne i homofobiczne.

Lot z córkami ucieka z Sodomy, autor nieznany, 1918. Źródło.

Marcel Proust, Sodoma i Gomora, Wydawnictwo MG, Kraków 2015
Przekład: Tadeusz Żeleński (Boy)
Tytuł oryginalny: Sodome et Gomorrhe

1 komentarz:

  1. Ha, lubię Twoje analizy dzieł, w których poruszane są wątki LGBTQIA+, bo są one bardzo drobiazgowe. Mnie brakuje odpowiedniej wiedzy, żeby aż z taką precyzją się pochylić się nad tymi zagadnieniami, dlatego tym chętniej czytam Twoje komentarze. A jeśli chodzi o samego Prousta to mam go oczywiście w planach, ale na razie traktuję go raczej w kategoriach dalszej przyszłości ;)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie komentarze - odzew czytających jest dla mnie bardzo ważny, a więc proszę się nie wahać i komentować :). Jednocześnie uprzedzam, że będę bez mrugnięcia okiem usuwać komentarze obraźliwe, rasistowskie, homo- i transfobiczne czy też inne będące formą mowy nienawiści bądź naruszające netykietę.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...